Wybierz region

Wybierz miasto

    MAGAZYN - Słowik: portret Stefana Stuligrosza

    Autor: Marek Zaradniak

    2008-08-23, Aktualizacja: 2008-08-24 18:21

    Jest niekwestionowanym autorytetem. Ikona Poznania. Światowej sławy chórmistrz i dyrygent. Szef "Poznańskich Słowików". Profesor Stefan Stuligrosz we wtorek kończy 88 lat.

    Jest niekwestionowanym autorytetem. Ikona Poznania. Światowej sławy chórmistrz i dyrygent. Szef "Poznańskich Słowików". Profesor Stefan Stuligrosz we wtorek kończy 88 lat. Sylwetkę mistrza kreśli Marek Zaradniak

    Profesor właśnie powrócił z kolejnych "Słowiczych" wakacji w Nałęczowie. Były jak zwykle pracowite. W tejmiejscowości, ale także w Lublinie, Kazimierzu Dolnym i gdzie indziej "Poznańskie Słowiki" dały 7 koncertów.

    Mimo upływającego wieku Stefan Stuligrosz prowadzi bardzo aktywny tryb życia. Wstaje o 6.30. Wypija szklankę wody. Kąpie się. Mówi poranny pacierz. Je śniadanie (najczęściej są płatki kukurydziane z mlekiem). Potem zaczyna pracę. Po obiedzie, który zwykle zjada około 12.30 - obowiązkowa godzina odpoczynku. I potem znowu praca, nawet do północy.

    - Jestem szczęśliwy, że mogę pracować. Gdy byłem jeszcze rektorem poznańskiej Akademii Muzycznej starałem się, aby koleżanki i koledzy odchodzący na emeryturę mieli choć kilka godzin zleconych na uczelni. Bo praca trzyma przy życiu - zauważa Stefan Stuligrosz dodając, że siły daje mu też rodzina. Jego córki, zięciowie i wnuki. Ma z nimi znakomite relacje.

    Jubilat lubi też wspominać, jak to się stało, że ksiądz Wacław Gieburowski powierzył mu przed laty kierowanie swoim chórem.
    - Po wybuchu wojny w październiku 1939 roku aresztowano wielu poznańskich księży, a wśród nich księdza Wacława Gieburowskiego. Osadzono ich w obozie internowania. Chór katedralny rozsypał się. Jako 19-letni młodzieniec zebrałem grupę śpiewaków. Było wśród nas 16 sopranów i altów, po czterech tenorów i basów. Gdy ksiądz Wacław Gieburowski w wyniku petycji swoich niemieckich przyjaciół wystosowanej do Himmlera wrócił do Poznania, nie spodziewał się, że na pierwszej mszy, którą odprawiał w kościele Ojców Zmartwychwstańców będziemy śpiewać. Msza planowana na 25 minut przedłużyła się do półtorej godziny. Bardzo się wzruszył. Osiadł jako wikariusz przy kościele św. Wojciecha gdzie był kapelanem cmentarnym. A ponieważ ciężko chorował, bo prawdopodobnie w obozie internowania wstrzyknięto mu jakąś chorobę, gestapo zobowiązało go, aby co tydzień zgłaszał się i przedłużano mu pobyt na wolności. Był kłębuszkiem nerwów. Kiedy choroba rozwinęła się, w 1941 roku nakazano mu opuszczenie Poznania. Mieszkał u państwa Daszyńskich na Świętym Wojciechu 2 na drugim piętrze. Śpiewaliśmy na jego mszach. Bardzo się wzruszał, ale i pouczał nas. Wskazywał, co było piękne, a gdzie popełniliśmy błędy. Korzystałem z jego rad. 28 września byliśmy na jego ostatnich poznańskich imieninach. Pamiętam placek z marchwi i z dyni. Zastaliśmy tam też panie profesor Gertrudę Konatkowską pianistkę i skrzypaczkę Marię Szrajberównę, dwie przyjaciółki, o których nie przypuszczałem, że kiedyś będą moimi przyjaciółkami. Ksiądz Gieburowski żegnając się z Poznaniem złożył w ich obecności oświadczenie, że gdy wróci do miasta, to ja będę mu pomagał w prowadzeniu chóru katedralnego, a gdyby nie wrócił to mają panie zaświadczyć, że widzi we mnie swojego następcę. Na swoją ostatnią mszę świętą skomponował utwór "Do nieba prowadzą cię aniołowie". Nie zaznaczył żadnych interpretacyjnych wskazówek. To był mój ostatni przed nim egzamin. Zresztą tak powiedział.
    - To będzie twój ostatni egzamin. Zobaczę jak prowadzisz. Przy Świętym Wojciechu stała dzwonnica i barak, którego już nie ma. W tym baraku nas zebrał i zaczął dyrygować tym utworem. W pewnym momencie strasznie się wzruszył. Rzucił partyturę i bez słowa wybiegł. Myślałem, czym on czuje się obrażony, czym go dotknęliśmy. Pędzę za nim, a on uciekał do zakrystii. Zatrzymał się. Przylgnął do mnie i strasznie płakał. Żegnał się z Poznaniem, do którego już nigdy nie wrócił. 
    - Mógłbym się po wojnie powołać na testament słowny księdza Gieburowskiego, ale nie czułem się do tego upoważniony. Dlatego, że wtedy nie miałem studiów muzycznych, choć podczas okupacji pani profesor Konatkowska zajęła się moim kształceniem.

    Po wojnie katedra była zniszczona. Chór przeniósł się do kościoła Wszystkich Świętych przy Grobli.
    - Dostałem pozwolenie od kuratora Strzałkowskiego i nazwaliśmy ten Chór imieniem księdza Wacława Gieburowskiego - opowiada prof. Stuligrosz i dodaje, że "Poznańskie Słowiki" była to nazwa , która przylgnęła do przedwojennego Chóru Katedralnego. - Gdy nasz chór zaczął próby i było nas 80,. 90. a potem 150., poznaniacy zaczęli mówić o nas "nasze poznańskie słowiki". Tej nazwy sobie nie przywłaszczyliśmy. Ona po prostu przeszła na nas - tłumaczy dyrygent.

    Gdy w 1950 roku władze komunistyczne zażądały od episkopatu rejestracji wszystkich stowarzyszeń kościelnych, chór kościelny został rozwiązany, aby uniknąć ingerencji władz w wewnętrzne sprawy Kościoła.
    - Straciliśmy prawo wykonywania muzyki. Zawezwano mnie do ministerstwa kultury do Warszawy. Pan profesor Jasiński, dyrektor departamentu muzyki zaproponował, abyśmy się stali reprezentacyjnym chórem Związku Młodzieży Polskiej - wspomina Stefan Stuligrosz.

    Wtedy nie zgodził się uzasadniając, że w ZMP jest młodzież powyżej 18. roku życia, a jego chórzyści są młodsi. Otrzymał drugą propozycję, aby "Słowiki" stały się reprezentacyjnym chórem Związku Kompozytorów Polskich z prawem prawykonań wszystkich utworów. Na to też się nie zgodził. Nie chciał śpiewać kantat o Stalinie, które pisali niektórzy twórcy. Poprosił o czas na zastanowienie. Wtedy przyłączył się do Filharmonii Poznańskiej. Wtedy ksiądz arcybiskup Dymek, który był mecenasem zespołu powiedział: - Jeśli byś miał śpiewać z chórem jakieś komunistyczne pieśni, to mam prośbę, abyś do kościoła chłopców jako chóru nie prowadził.

    - Nie wiem, czy jestem słaby, czy silny. Nie będę ślubował, ale przyrzekam, że tak długo jak będę się mógł bronić, tak długo będę się bronił - obiecał Stuligrosz i dodaje, że śpiewali na akademiach pierwszomajowych i z okazji rewolucji październikowej, ale była to albo "Kalinka", "Wieczorny dzwon" albo "Świt chłodem nas wita" Dymitra Szostakowicza.

    Dyrektorem Filharmonii Poznańskiej był wtedy Zdzisław Śliwiński, a artystycznym Stanisław Wisłocki. Doradcą do spraw programowych Tadeusz Szeligowski.
    - Zapytałem czy nas przygarną - wspomina maestro. - Okazało się, że z wielką radością. Nie mieli nic przeciwko temu, że śpiewaliśmy w kościele na Grobli. Gdy nastąpiła w Polsce odwilż i zwolniono z więzienia prymasa Stefana Wyszyńskiego i arcybiskupa Antoniego Baraniaka, ksiądz arcybiskup prosił, abyśmy wrócili do katedry. Powiedziałem, że jesteśmy połączeni z filharmonią i na szefa Poznańskiego Chóru Katedralnego rekomendowałem księdzu biskupowi, księdza Zdzisława Bernata. Zresztą przez dwa lata śpiewaliśmy też w katedrze. Potem zaczęto przykręcać śrubę. Ówczesny kierownik wydziału kultury powiedział mi tak:
    - Stefan tak długo, jak będziesz się czepiał Baraniaka, tak długo będziecie prześladowani. Ludwiczak i Sawaszkiewicz stoją przed maturą. Są zagrożeni i mogą nie być do niej dopuszczeni i w konsekwencji nie będą zdawać egzaminów na studia. Poszedłem więc do arcybiskupa Baraniaka. Opowiedziałem mu o wszystkim i musieliśmy się rozstać. Z szatanem nie zwyciężymy - powiedział mi arcybiskup - opowiada Stefan Stuligrosz.

    Oficjalna nazwa zespołu to Chór Chłopięcy i Męski Filharmonii Poznańskiej, a popularna to "Poznańskie Słowiki". Profesor liczy się z upływającym wiekiem i myśli o swoim następcy.
    - Myślałem, że moim asystentem będzie Bartek Michałowski. Jest bardzo zdolny. Prowadził koncerty, wyjeżdżał z chórem, kiedy ja nie mogłem, ale zrezygnował. Muszę uszanować jego wolę. Wcześniej myślałem o profesorze Januszu Dzięciole, który skończył u mnie studia dyrygenckie. Nazywano go drugim Stuligroszem, bo podobnie dyrygował. Potem myślałem o Macieju Wielochu, ale on skłonił się ku operze. Teraz mam nowego asystenta. Doktor Tomasz Dzięcioł to człowiek wielkiej skromności i wiedzy. Jest synem Janusza i myślę, że kiedy zawołają mnie na drugą stronę życia, to Tomasz przejmie nasz chór. W pracy potrafi być ogniem. Też dyryguje na koncertach. Są jednak takie koncerty, gdzie życzą sobie, abym ja dyrygował. Pan Bóg darzy mnie wtedy energią - mówi Stefan Stuligrosz.

    Sonda

    Które ze świąt uważasz za bardziej poznańskie?

    • Dzień Św. Marcina (77%)
    • Imieniny Miasta - Dzień Patronów Miasta Piotra i Pawła (23%)