W czwartek razem ze strażą miejską i Towarzystwem Opieki nad Zwierzętami odwiedziliśmy miejsce, gdzie przetrzymywane są dziesiątki psów. W piątek Stefania Kozłowska z TOZ, która przyjechała powtórnie, by poratować ...

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
W czwartek razem ze strażą miejską i Towarzystwem Opieki nad Zwierzętami odwiedziliśmy miejsce, gdzie przetrzymywane są dziesiątki psów. W piątek Stefania Kozłowska z TOZ, która przyjechała powtórnie, by poratować „hodowcę” karmą dla zwierząt była świadkiem, jak kilka puszczonych wolno mieszańców jamnikowatych zagryzło innego psa. Nie była w stanie interweniować, bo nikt jej nie chciał otworzyć furtki.

Pan Józef dzierżawi działkę od miasta. Dzisiaj powinien ją opuścić, bo użytkuje ją niezgodnie z przeznaczeniem. Wydział gospodarki nieruchomościami podjął decyzję o wypowiedzeniu najmu. Miała tu być zieleń, a jest bałagan i nielegalne przytulisko dla zwierząt.

Po naszym artykule, który ukazał się tydzień temu, oraz nagłośnieniu sprawy przez dziennikarzy Telekuriera, na działkę pana Józefa pojechali funkcjonariusze straży miejskiej i Stefania Kozłowska z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.

Pan Józef miał na działce już tylko 4, z 19 psów. Najpierw skłamał, że wzięli je do siebie dobrzy ludzie, by nie trafiły do schroniska. Potem okazało się, że je schował na sąsiedniej, prywatnej działce!

Przemysław Piwecki, strażnik miejski, miał do niego tylko kilka pytań. Podstawowe – o szczepienia zwierząt. - Jeden jest szczepiony - usłyszeliśmy w odpowiedzi. Pozostałe nie mają nawet książeczek zdrowia.

- Jeszcze nigdy nie widziałam tak dużej liczby psów w takich warunkach - mówiła Stefania Kozłowska .
Trudno powiedzieć, że zwierzęta są głodne. Na pewno dostają kaszę, jakieś resztki, być może nawet ze śmietników. Pan Józef ma bowiem wszędzie "eksponaty", które, jak twierdzi, ludzie bezsensownie wyrzucają do śmieci.

Kiedy Kozłowska podjęła decyzję o zabraniu mu psów, zaczął płakać. Twierdził, że umrze, że w schronisku je wysterylizują a to jest wbrew naturze. Zabrała więc tylko trzy kotki, chude i głodne. Na drugi dzień miała wrócić z karmą.

Po przybyciu, przez przypadek stała się świadkiem tragedii, gdy ukochane jamniki pana Józefa, zagryzały innego psa. - Tego pana nie było, a obecne kobiety nie chciały mnie wpuścić. Pies zdechł. Nie uratowałam go! - płacze. Ten incydent, bardzo przykry, na pewno pozbawi ją nadziei, że pan Józef to "taki dobry człowiek, który swoim małym braciom pomaga".

Dzisiaj sprawa trafić ma do zastępcy prezydenta Mirosława Kruszyńskiego. Jak przypuszcza Kozłowska, w nielegalnej hodowli są psy, które zaginęły właścicielom. Nie mieli szans, by je odnaleźć, bo trafiły na działkę do pana Józefa.

Wiadomości Poznań, Wydarzenia Poznań

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!