Fot

Fot. A. Szozda

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij

Pięć lat temu przed poznańskim sądem zapadł pierwszy nieprawomocny wyrok skazujący na dożywocie. Ponad dwudziestu „naszych” morderców od tamtej pory usłyszało, że nigdy nie odzyskają wolności.

Pięć lat temu przed poznańskim sądem zapadł pierwszy nieprawomocny
wyrok skazujący na dożywocie.



Ponad dwudziestu „naszych” morderców od tamtej pory usłyszało, że nigdy nie odzyskają wolności. Zabijali kolegów, nieznajomych, wspólników w interesach, ale także matki. Dla pieniędzy, samochodu, czy... kakao! Pierwszym był Albert Kiełczyński. Wyrok zapadł w październiku 1997 roku. Bandyta nazywany ,,Izraelczykiem’’ zastrzelił człowieka. Na zlecenie. Kiełczyński skończył już odsiadywać swoją karę. Chory na raka zmarł rok temu w więziennym szpitalu. - To był psychopata - mówią zgodnie policjanci, którzy mieli do czynienia z Kiełczyńskim.

18 grudnia 1995 roku ,,Izraelczyk’’ czekał na swoją ofiarę w ,,Cafe Głos’’. Lokal był pełen gości. Bandyta spokojnie podszedł do stolika, przy którym siedział Marek Z. i strzelił mu w głowę. Później wyszło na jaw, że zginąć miał Jarosław Ś., który kilka tygodni wcześniej porwał syna ,,Makowca’’. Proces zabójcy i zleceniodawcy zaczynał się kilka razy. Różne składy sędziowskie różnie bowiem oceniały dowody winy Zbyszko Bernata, ale ,,Izraelczyk’’ za każdym razem otrzymywał taką samą karę. Dożywocie.

Mordercy z wyboru

- Oskarżeni chcieli zarobić dużo, szybko i łatwo - mówił w czerwcu 2001 roku sędzia Wojciech Sych chwilę po ogłoszeniu wyroku w sprawie zabójstwa 29-letniego Piotra J.
∨ Czytaj dalej

Sławomir Budner i Jarosław Mroczek usłyszeli, że są winni i nigdy nie wyjdą na wolność. Bandyci znaleźli paserów na artykuły spożywcze w dużej ilości. Dlatego w maju 2000 roku pojechali na przejście graniczne w Świecku. Chcieli obrabować kierowcę tira. Obojętnie jakiego. Liczył się tylko ładunek. Zabrali ze sobą przerobiony karabinek sportowy.

- Ćwiczyli strzelając do puszek. Po to, aby później strzelać do ludzi - grzmiał w mowie końcowej prokurator Karol Frankowski. Wybór padł na 29-letniego Piotra J., który transportował z Holandii masę kakaową. Mroczek okłamał kierowcę, że też jest przewoźnikiem i poprosił o podwiezienie do Poznania. W trakcie jazdy Piotr J. zatrzymał ciężarówkę, bo jego pasażer musiał „na stronę”. Gdy wysiedli, padł strzał. Wtedy do Mroczka podszedł Budner, który jechał za ciężarówką. Gdy przenosili ciało do lasu zauważyli, że Piotr J. żyje. Budner przyłożył lufę do jego głowy i jeszcze raz nacisnął spust.

W trakcie procesu Mroczek przyznał się do winy. Budner szedł ,,w zaparte’’. Potwierdził, że brał udział w napadzie, ale zaprzeczał, aby przyczynił się do śmierci kierowcy. Sąd mu nie uwierzył i obu wymierzył taką samą karę. Za zabójstwo dokonane z niskich pobudek i ze szczególnym okrucieństwem. - To była egzekucja - stwierdził sędzia Sych.

Najwyższa kara

Dożywocie jest przeznaczone przede wszystkim dla zabójców, którzy swoje ofiary wybierają z premedytacją, a zbrodnię planują, jak Witold K. Kilka lat temu bandyta prowadził firmę budowlaną i został wynajęty przez 43-letniego Arkadiusza R. Do remontu jego domu w Luboniu.

Poborca z targowiska nie należał do osób majętnych, ale Witold K. za takiego go uznał. Namówił swojego pracownika, 19-letniego wówczas Arkadiusza T., do zamordowania mężczyzny. Umówili się w remontowanym domu. Zabrali ze sobą paralizator, którym obezwładnili ofiarę, a później trzy razy wbili nóż w plecy. Ukradli karty kredytowe i czeki. Wypłacili 850 złotych.

Tyle warte dla nich było życie człowieka. Wiesław Wawrzyniak i jego młodszy o trzy lata brat Dariusz przez kilka miesięcy dokonali wielu przestępstw. Także to najstraszliwsze. W nocy 29 lipca 1997 roku napadli na małżeństwo Krystyny i Ryszarda W., którzy w podpoznańskim Rosnówku uchodzili za bogatych ludzi. Bracia zaatakowali we śnie. Młodzi bandyci (mieli wówczas 21 i 18 lat) mieli ze sobą kuszę, pistolet, nóż i kajdanki. Gdy sklepikarze się bronili, bandyci zaczęli zadawać ciosy na oślep i bez litości.

Krystyna i Ryszard W. zostali wręcz zmasakrowani. Na ciele kobiety znaleziono... 79 ran!!! - Wykazali się wręcz niebywałym okrucieństwem - mówił prokurator Andrzej Laskowski w swojej mowie końcowej i zażądał dla starszego z braci dożywocia. - On nie zasługuje, aby żyć w społeczeństwie - uzasadniał sędzia Waldemar Bąk, który nie uwierzył w skruchę bandyty i jego łzy. Dariusz otrzymał karę 25 lat więzienia tylko dlatego, że w chwili popełnienia przestępstwa był młodociany.

Wśród skazanych na dożywocie są także oprawcy poznańskiego taksówkarza 34-letniego Wojciecha Ł., który zaginął w maju 1998 roku. Artur S. , Maciej D. i Przemysław R. skatowali kierowcę, bo chcieli ukraść i sprzedać jego volkswagena passata. Wybrali Wojciecha Ł., bo go... znali!

Są wszędzie

Nie tylko w Poznaniu sędziowie potrafią być surowi. Przekonał się o tym Marek B., który cztery lata temu zamordował dwie osoby. Ta zbrodnia wstrząsnęła wówczas mieszkańcami Kępna. W mieszkaniu przy ulicy Rzeźnickiej wybuchł pożar. Po jego ugaszeniu strażacy znaleźli zwłoki gospodyni 76-letniej Aurelii S. i jej 46-letniego kuzyna Krzysztofa S.

Wezwani policjanci nie mieli żadnych wątpliwości, że oboje zostali zamordowani. Na ich ciałach widać było rany zadane czymś ostrym. Bardzo szybko zatrzymano Marka B., ale sąd nie zgodził się aresztować mężczyzny. Dowody jego winy miały być za słabe. Gdy prokuratura dysponowała już ekspertyzą, że na jego spodniach była krew ofiar, morderca zniknął. Powtórnie wpadł po kilku dniach. Trafił tym razem do celi i próbował popełnić samobójstwo. W końcu jednak przyznał się do winy.

- Krzysztof S. był moim kolegą z pracy i odwiedziłem go, bo chciałem pożyczyć pieniądze - wyjaśniał mężczyzna. Kolegi nie zastał. Zwyrodnialec zgwałcił i zabił bezbronną staruszkę, a gdy Krzysztof S. niespodziewanie wrócił do domu, otrzymał kilkanaście ciosów nożem. W czerwcu 2000 roku ogłoszony został wyrok. Marek B. został skazany na dożywocie. Taką samą karę, kilka miesięcy wcześniej, otrzymał inny zabójca.

W listopadzie 1998 roku 22-letni wówczas Robert Juszczak odwiedził Pawła D., który kilka razy zatrudniał go do rozmaitych prac. Przyszedł do jego domu przy ulicy Wioślarskiej w Kaliszu, ale zastał jedynie jego żonę Sylwię i dwuletnią córeczkę Klaudię. Bandyta postanowił skorzystać z okazji i ukraść coś. Zmasakrował gospodynię i jej dziecko marmurowym wałkiem. Dziewczynka zginęła, bo mogła rozpoznać zbrodniarza.

- Już umiała mówić i coś mogłaby powiedzieć - zeznał później. Morderca bronił się bardzo naiwnie. - Nie pamiętam co się wydarzyło w tym domu. Przepraszam ciebie Pawełku. Naprawdę jest mi przykro - zapewniał w trakcie procesu Robert Juszczak. 25 marca 1999 roku w Sulechowie (woj. lubuskie) zastrzelono policjanta Macieja I. Antyterrorysta był po służbie, ale ścigał samochód bandytów. Kula trafiła go prosto w serce. Bardzo szybko zatrzymano jednego z przestępców, który wyjawił, że strzelającym był poznański gangster Maciej Biela - ,,Baryła’’, który od dawna ukrywał się, bo w Poznaniu był poszukiwany za różne sprawki.

Po zabójstwie policjanta uciekł na Śląsk. Wpadł po dwóch miesiącach, bo majstrował przy granacie, który wybuchł mu w rękach. Po wykurowaniu się, Baryła stanął przed zielonogórskim sądem. Nie przyznał się do zabójstwa policjanta. - Jestem gangsterem, ale nie mordercą - tłumaczył. Sąd był innego zdania. Wyrok dożywocia Maciej Biela odsiaduje w Zakładzie Karnym we Wronkach. Zaliczany jest do grupy więźniów niebezpiecznych, ale zachowuje się wzorowo.

Matkobójca-sadysta

Sławomir M. zabił 63-letnią matkę. Gdy sędzia ogłaszał wyrok skazujący go na dożywocie, nie zareagował. Tragedia rozegrała się w 6 czerwca 1998 roku. Mężczyzna od dawna nadużywał narkotyków. Praktykował też satanizm. Tamtego dnia spotkał się z kilkoma kolegami w swoim mieszkaniu w Pile. Miał dokonać zbrodni, którą planował od dawna. Najpierw podał matce ciasteczka nafaszerowane środkami nasennymi. Gdy zasnęła, roztrzaskał jej głowę młotkiem.

- Zabił, aby osiągnąć wyższy stopień satanistycznego wtajemniczenia - wyjaśniał później prokurator. Sławomir M. chciał też wysadzić mieszkanie. Miał bowiem przejść przez „bramę ognia”. Odkręcił gaz i zapalił świeczkę, ale do eksplozji nie doszło. Zniechęcony matkobójca zrezygnował z rytualnego samobójstwa. - Miałem się spalić, a nie otruć - wyjaśniał podczas śledztwa z szokującym spokojem. Takim samym jaki zachował podczas całego procesu. - Nie znaleźliśmy żadnych okoliczności łagodzących - uzasadniała wyrok sędzia Małgorzata Ziołecka.

Wyszedł warunkowo

Na życie wśród normalnych ludzi nie zasługuje także Zygmunt Ch. Kiedyś skazany za zabójstwo, skorzystał z warunkowego przedterminowego zwolnienia. Wrócił do domu w Wałczu i próbował uporządkować swoje życie. Wieczorem 31 maja 1997 roku odwiedził kuzynkę. Przez całą noc pił z Anną M. alkohol. Nad ranem dziewczyny zaczęła szukać jej krewni. Ciało znaleźli ukryte w skrzyni tapczanu. Był zmasakrowane.

W trakcie śledztwa Zygmunt Ch. przyznał się do zabójstwa, a biegli psychiatrzy uznali, że zbrodnia miała motyw... seksualny. Według nich Zygmunt Ch. popęd seksualny może zaspokoić dopiero na widok nagich, rozkawałkowanych zwłok kobiety. - Nie potrafię sobie z tym poradzić. Boję się, że to znowu kiedyś się stanie. Albo mnie leczcie albo dajcie karę śmierci - mówił niemal płacząc morderca. Tej ostatniej prośby sąd nie mógł spełnić.

Zwyrodniały ,,Bokserek’’

26-letni Adrian Gawliński, ,,Bokserek’’ i niemal dwa razy starszy Wiesław Grzybczyk przed poznańskim sądem odpowiadali za zbrodnię, którą popełnili we Francji. W styczniu 1998 roku Francuzów zszokował bestialski mord na 22-letniej Stephanie J. Córka żandarma wracała z dyskoteki i skorzystała z autostopu. Na swoje nieszczęście wsiadła do samochodu grupki Polaków. Bandyci wywieźli dziewczynę do opuszczonego domu i przez sześć dni gwałcili.

Bojąc się, że ich wyda, zamordowali, a jej zwłoki zabetonowali w metalowej szafie. Część zwyrodnialców została złapana we Francji i skazana przez tamtejszy sąd. Gawliński i Grzybczyk ukrywali się w Polsce. Gdy wpadli stanęli przed poznańskim sądem. - Nie wyrazili ani skruchy, ani żalu. Widać u nich tylko bezwzględność i okrucieństwo - mówił po ogłoszeniu wyroku sędzia sprawozdawca.



Jest ich coraz więcej

Dożywocie można orzekać od lipca 1995 roku, gdy znowelizowano polskie prawo. W obecnym kodeksie karnym takiej kary mogą się obawiać sprawcy kilku zbrodni: przeciwko pokojowi i ludzkości, wojennych, zamachu na życie prezydenta i zabójstwo. Liczba wyroków dożywotniego pozbawienia wolności rośnie w całym kraju.

Z danych Centralnego Zarządu Służby Więziennej wynika, że jeszcze w czerwcu 2002 roku 91 przestępców zostało skazanych na najwyższy wymiar kary. 65 z nich wyczerpali wszystkie środki odwoławcze i wyroki stały się prawomocne. Z każdym miesiącem ta grupa się powiększa. Miesiąc temu było już 111 więźniów, którzy teoretycznie nigdy nie powinni wyjść na wolność. Jeżeli sąd nie postanowi inaczej to mogą oni jednak starać się o warunkowe przedterminowe zwolnienie po co najmniej 25 latach.




Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez POLSKAPRESSE Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!