Historia najstarszej polskiej pracowni lutniczej w Polsce. Wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie, od pradziadka, aż po prawnuki

Maciej Szymkowiak
Maciej Szymkowiak
Benedykt Niewczyk jest lutnikiem w czwartym pokoleniu. Być może na nim skończy się lutnicza historia rodu

Zobacz zdjęcia z najstarszej polskiej pracowni lutniczej --->
Benedykt Niewczyk jest lutnikiem w czwartym pokoleniu. Być może na nim skończy się lutnicza historia rodu Zobacz zdjęcia z najstarszej polskiej pracowni lutniczej --->Adam Jastrzębowski
Udostępnij:
W Poznaniu na Starym Mieście znajduje się najstarsza polska i jedna z najstarszych na świecie pracownia lutnicza. Prowadzony już przez cztery pokolenia rodzinny interes, założony w 1885 r., przechodził zawsze z rąk ojca w ręce syna.

Obecnie przy ul. Woźnej 6 pracuje pan Benedykt Niewczyk. Syn Stefana Niewczyka i wnuczek Stanisława. Jego pradziadkiem był założyciel Pracowni Lutniczej „Niewczyk & Synowie” – Franciszek. Rodzinna pasja do lutnictwa, instrumentów i solidnej pracy spowodowała, że pracownia nigdy nie przeszła w obce ręce. O jej bogatej i dumnej historii przypominają dyplomy porozwieszane w jej wnętrzach. O niezwykłej przeszłości tego miejsca, ale też procesie dorastania u boku wielkich lutników opowiedział nam Benedykt Niewczyk.

Zobacz wideo: Wypowiedź Benedykta Niewczyka

Pod nosem Prusaków

Założycielem pracowni był Franciszek Niewczyk, urodzony w 1859 r. w Sowach pod Rawiczem. W jego rękach była też fabryka instrumentów muzycznych we Lwowie. Z wykształcenia był ślusarzem precyzyjnym. Pasję do muzyki odziedziczył po swoim ojcu – Ignacym, którego orkiestra grała na weselach i zabawach. To właśnie w niej, na klarnecie muzykę wygrywał Franciszek, późniejszy członek Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Fachu natomiast nauczył się od niemieckiego rzemieślnika Heinricha Lange, który pracował w Zgorzelcu. W 1885 r. Franciszek założył w Poznaniu własny warsztat. Umiał naprawiać instrumenty dęte, ale brakowało mu wiedzy w zakresie instrumentów smyczkowych i szarpanych. Fachu zatem uczył się od sprowadzonych do siebie, mistrzów-emerytów z zakładu Langego. Po trzech latach zdał egzamin na czeladnika, a później na mistrza budowy i naprawy instrumentów smyczkowych i dętych. Wtedy mógł już sobie pozwolić na zatrudnienie czeladników.

Do założenia pracowni przez mojego pradziadka na pewno przyczyniło się to, że grał amatorsko. W czasach zaborów trafił do wojska pruskiego, gdzie grał w orkiestrze. Miał okazję pełnić funkcję opiekuna instrumentów, z którymi jeździł na naprawy do Berlina. Myślę, że wtedy zaczęła się jego pasja związana z tym zawodem

– opowiada Benedykt Niewczyk.

W wieku 31 lat doczekał się syna, Stanisława. Staś od najmłodszych lat pomagał swojemu ojcu w warsztacie. Ze względu na ich patriotyczne działania, warsztatem zainteresowali się Prusacy. Wściekli się, gdy odkryli, że Franciszek w 1905 r. pojechał do Krakowa na zjazd w sprawie budowy pomnika Grunwaldzkiego.

Zbliżało się 500-lecie bitwy pod Grunwaldem, co było doskonałą okazją, żeby Prusakom dokuczyć i przypomnieć, że historia nie zawsze wyglądała źle dla Polski. Mój pradziadek i dziadek należeli do ruchów narodowowyzwoleńczych, dlatego pomagali w inicjatywie budowy pomnika Grunwaldzkiego

– mówi p. Benedykt.

Patrioci z zaboru austriackiego i pruskiego zadecydowali, że pomnik należy wznieść w Krakowie. Większa część pieniędzy pochodziła ze społecznej zbiórki w zachodniej części Polski.

W 1905 r. pradziadek pojechał do Krakowa. Przewoził ze sobą pieniądze potrzebne na budowę pomnika Grunwaldzkiego. Prusacy się o tym dowiedzieli i dwa lata później wydali rozkaz: „macie dobę, żeby z rodziną opuścić zabór pruski”

– kontynuuje opowieść lutnik.

Na szczęście rodzina, przez krąg znajomych patriotów, dostała z wyprzedzeniem, pocztą pantoflową, wiadomość. Hrabia Turno załatwił rodzinie lokale na Chorążczyźnie, gdzie powstała pierwsza pracowania na terenie Lwowa. Wyjechali. Franciszkowi niestety już nigdy nie udało się wrócić do Wielkopolski.

„Pradziadek zmarł, gdy zobaczył inwazję Rosjan”

We Lwowie przy ul. Gródeckiej 2B, obok kościoła św. Anny mieściła się fabryka „Pierwszej Krajowej Wytwórni Instrumentów Orkiestrowych, Smyczkowych i Dętych oraz Mandolin i Gitar”. Pracowało tam 20 osób, w tym czterech lutników. Był też dział napraw i konserwacji. W 1939 r., gdy Lwów zajęli Rosjanie, najpierw rozkradli, a później zamknęli kwitnącą fabrykę. Według rodzinnych przekazów Franciszek zmarł w 1944 r., gdy po raz trzeci w swoim życiu zobaczył, jak do Lwowa wjeżdżają Rosjanie. Jego serce tego nie wytrzymało. Został pochowany na Cmentarzu Łyczakowskim, ale rodzina Niewczyków, chociaż szukała, to dotąd nie wie dokładnie, gdzie jest jego grób.

Na skutek paktu Ribentropp-Mołotow Lwów został zajęty przez Sowietów, a fabryka rozkradziona. Radzieccy żołnierze brali znajdujące się tam medale i przypinali sobie, bo uwielbiali takie dekoracje. Dyplomy i odznaczenia, które miał pradziadek całkowicie przepadły

– wspomina mistrz lutnictwa.

Dziadek p. Benedykta - Stanisław Niewczyk był przy swoim ojcu do 1922 r. Potem otworzył w Bydgoszczy własną pracownię instrumentów muzycznych. Część narzędzi dostał od ojca, a resztę kupił na kredyt. Egzamin mistrzowski zdał trzy lata później. Zajmował się w niej budową i sprzedażą instrumentów strunowych. W 1925 r. urodził się Stefan Niewczyk, przedstawiciel trzeciego pokolenia wielkopolskiej rodziny lutników. Jego pracownia po dziś dzień znajduje się w Poznaniu. To właśnie po nim, wnuk Benedykt ma najwięcej pamiątek. Jednym z nich jest odznaczenie dla obrońców Kresów Wschodnich. Stanisław Niewczyk brał udział w obronie Lwowa w latach 1918-1919. Natomiast dziadek od strony mamy p. Benedykta, czyli Stanisław Szymanowski brał udział w Powstaniu Wielkopolskim. Niestety po nim pamiątki zostały zniszczone.

Po wybuchu II wojny światowej i wkroczeniu Niemców do Polski wszystkie pamiątki, mundur, zdjęcia, dokumenty zostały spalone, ponieważ Niemcy okrutnie traktowali powstańców

–relacjonuje p. Benedykt.

Do początku II wojny światowej pracownia Stanisława Niewczyka znajdowała się przy ul. Bronisława Pierackiego (ob. ulica Gwarna). Razem ze swoimi starszymi synami, wówczas jeszcze nieletnimi Antonim i Marianem, Stanisław poszedł na ochotnika do Wojska Polskiego. Zostali wzięci do niewoli pod Kampinosem, co w zasadzie uratowało im życie. Natomiast 14-letni Stefan Niewczyk, ojciec p. Benedykta pozostał w Poznaniu, aby zajmować się babcią i niewidomą prababcią.

Pasja przekazywana od małego

Po wojnie pracownia działała na Jeżycach. Tato Benedykta Niewczyka już w wieku trzech lat chodził do warsztatu, aby zanosić Stanisławowi obiady. Fascynowały go instrumenty i praca. Widział ogrom instrumentów i skrupulatną pracę swojego ojca, a to go intrygowało. Zainteresowanie warsztatem nie zgasło także w okresie szkolnym. W końcu, w czerwcu 1939 r. rozpoczął pracę u ojca. Egzamin czeladniczy zdał w 1945 r., trzy lata później mistrzowski z lutnictwa, a potem z wyrobu instrumentów dętych i akordeonów. Rok wcześniej mistrzem został Marian, brat Stefana. Rodzeństwo odnosiło sukcesy na wystawach instrumentów. W 1952 r. Stefan Niewczyk zaopiekował się skrzypcami muzyków startującymi w Międzynarodowym Konkursie Skrzypcowym im. Henryka Wieniawskiego, co robił bezpłatnie przez kolejne konkursy. Zdobył też w 1956 r. wyróżnienie na I Międzynarodowym Konkursie Lutniczym w Warszawie. Sukcesy jednak nie szły w parze ze spokojem, gdyż władza ludowa trzykrotnie obciążała warsztat domiarami.

W pracowni był publiczny telefon. Był przyznany pracowni, ale korzystać z niego mogli wszyscy okoliczni mieszkańcy, więc w zasadzie przychodziły całe Jeżyce. Pewnego dnia na kontrolę przyszli urzędnicy skarbowi. Przeliczyli najpierw, ile kosztuje naprawa instrumentu. Po czym jeden z urzędników usiadł na przeciwko pracowni i liczył, ile osób przychodzi do pracowni, uwzględniając też osoby, które przychodziły tylko zatelefonować. Następnie pomnożył całkowity wynik odwiedzin z kwotą średniej naprawy i taki domiar wystawił mojemu tacie

– wspomina czasy PRL-u, p. Benedykt.

W latach 70. jedna z PRL-owskich urzędniczek chciała nawet, aby w pracowni Niewczyków przy ul. Dąbrowskiego 41 działał punkt pralniczy „Świt”. W 1972 r. pomysł skrytykował Jerzy Waldorff w artykule pt. „O prestiżu i stolcach pod damami”, który ukazał się w „Polityce”. Nagłośnienie sprawy w prasie przyniosło skutek i lutnicy utrzymali swoją siedzibę. Gdy w 1978 r. ul. Woźna dzięki ówczesnemu prezydentowi miasta, Andrzejowi Wituskiemu stała się „ulicą rzemiosł artystycznych”. Warsztat lutniczy przeniesiono właśnie tam, gdzie działa do dzisiaj.

Dziedzictwo bez presji

Schedę po Stefanie Niewczyku, który zrobił około 200 instrumentów dla muzyków z całego świata, przejął jego syn Benedykt, który jest nie tylko lutnikiem, ale też fizykiem – akustykiem, a także biegłym sądowym. Rodzinny fach podpatrywał u ojca i dziadka.

Pamiętam, że był podział pracy w pracowni. Do momentu, do którego dziadek pracował, to on był najważniejszy, mimo że między nim a moim tatą panowały relacje partnerskie. Jednak to dziadek miał ostateczny głos w sprawach organizacyjnych

– mówi p. Benedykt.

Dziadek p. Benedykta pracował codziennie, chociaż w sposób specyficzny, daleki od etatowych 8-godzin. Około 12 ucinał sobie drzemkę, by później być w stanie pracować do północy. Wnuk na tym też korzystał, ponieważ dziadek zabierał go na spacery m.in. po ogrodzie botanicznym. Opowiadał też różne historie, zarówno o instrumentach, jak i rodzinie Niewczyków.

Dziadek przekazywał mi wiedzę i od małego pozwalał, abym posługiwał się narzędziami i np. rzeźbił zabawki. To rozwijało moje umiejętności manualne, a poza tym pozwalało zrozumieć materiał, jakim jest drewno

– dodaje.

Pomimo braku presji, by kontynuować tradycję rodzinną, p. Benedykt zaraził się pasją wielkich lutników. Dostał wolną rękę w wyborze przyszłego zawodu, ale jak mówi odczuwał chęć zgłębienia sztuki lutnictwa.

„Nie czułem presji, że muszę kontynuować ich dziedzictwo”

Jak twierdzi p. Benedykt, mimo całego absurdu czasów komunistycznych, kiedyś inaczej spoglądało się na pracę lutnika. W tamtych czasach było większe dofinansowanie od państwa dla instytucji muzycznych, takich jak opera czy teatr, co wpływało na ilość napraw i zamówień przekazywanych lutnikom. Teraz o swój sprzęt muzyczny musi zadbać muzyk, który pokrywa większość wydatków.

Obecni klienci Pracowni Lutniczej „Niewczyk & Synowie” to przede wszystkim osoby, którym zależy na jakości wykonania. Nie zmieniło się to, że z usług korzystają muzycy z całej Polski i zagranicy.

Pan Benedykt ma dwóch synów. Wydawać by się mogło, że naturalnym krokiem będzie przekazanie im pałeczki, aby kontynuowali bogatą tradycję i historię pracowni. Dostali jednak wolną rękę tak jak w przeszłości ich ojciec. Mogli sami zadecydować, co chcą w życiu robić. Wybrali inaczej. Co więcej, ich tata raczej odradzał zawód lutnika, aniżeli do niego zachęcał.

Spełniłem swój obowiązek wobec rodziny. Ukształtowałem ich i nauczyłem tego fachu, ale spełniłem też obowiązek rodzicielski, zniechęcając ich do tego, i myślę, że była to dobra decyzja

– szczerze przyznaje p. Benedykt.

Przeczytaj także: Wywiad z "Grabażem" wokalistą Pidżamy Porno i Strachów na Lachy

Starszy syn, Tytus urodził się w 1986 roku. Jest prawnikiem, natomiast młodszy, Maksym w tym roku będzie miał 30 lat. Jego pasją jest medycyna. Teraz jest na jednej ze specjalizacji lekarskich. Jak przyznaje ich ojciec: synowie poszli w zupełnie innym kierunku, chociaż nie aż tak odległym, ponieważ p. Benedykt, zanim ostatecznie został lutnikiem, rozważał ścieżkę weterynarii.

Zarówno Tytus, jak i Maksym potrafią naprawiać instrumenty. Spróbowali swoich sił w tej dziedzinie, młodszy z synów wykonał skrzypce na Konkurs Skrzypcowy im. Henryka Wieniawskiego. Pokazał, że talent do tworzenia instrumentów muzycznych w rodzinie nie zniknie.

Gdy Tytus poszedł na prawo, widziałem, że Maksym odczuwa presję, żeby kontynuować naszą spuściznę lutniczą. Ciążyło to na nim, ale otwarcie mu powiedziałem, że nie ma wobec mnie, ani wobec przodków żadnych zobowiązań i ma wybrać taką drogę, żeby na końcu stwierdzić, że jest szczęśliwy. Widziałem, że po tych słowach mu ulżyło

– dopowiada artysta lutnik, Benedykt Niewczyk

Mnie ciągnęło do lutnictwa. Nie byłem zmuszany przez ojca. Wybrałem to z własnej woli i chciałem, żeby oni dokonali swojego wyboru, także samodzielnie

– wyjaśnia p. Benedykt.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Materiał oryginalny: Historia najstarszej polskiej pracowni lutniczej w Polsce. Wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie, od pradziadka, aż po prawnuki - Głos Wielkopolski

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie